opowiadania różne

Wpis

poniedziałek, 08 sierpnia 2011

opowiadanie na szpilkach

To był wyjątkowo ciężki dzień – rano pokłóciłam się z mężem o to, że połamał moje magnolie, zepsuł się czajnik i jeszcze mama zadzwoniła w niewiadomym celu czyli celem zdenerwowania mnie. Poza tym całą noc sypał śnieg i dotarcie do pracy zajęło mi niewyobrażalnie dużo czasu. Zwłaszcza, że zapragnęłam (o zgrozo) wbić się dziś w moje piękne kozaczki na szpilkach, w których nie umiem ani chodzić, ani prowadzić ani tym bardziej odśnieżyć auta. Oczywiście z powodu lekkiego opóźnienia szefostwo nie tryskało humorem i od progu zebrałam burę. Zresztą cały dzień szef nie dawał żyć wszystkim i każdego z osobna zaszczycał osobistym wywodem na temat ile to on przez nas i nasze spóźnienia traci pieniędzy. No cóż, nie każdy ma w garażu bmw z podgrzewanymi zamkami, szybami i pedałem gazu. Po tak uroczo spędzonym dniu wracając do domu zaliczyłam przed osiedlowym sklepem klasycznego, ale jakże spektakularnego orła. Czy wspominałam już, że nie umiem chodzić na szpilkach?

Z podłym humorem i obitym zadkiem wkroczyłam do domu. Nikogo z domowników jeszcze nie było, więc jeszcze w kurtce i torbą na ramieniu popędziłam po schodach na górę by wziąć kąpiel. W końcu dziś Walentynki, więc mimo rannego sporu trzeba dla męża wyglądać. Jakież było moje zdziwienie, gdy pion niespodziewanie zamienił się poziomem i lotem koszącym spadłam ze schodów uderzając plecami w szafkę na obuwie, która otworzyła się z hukiem. Uśmiałam się co niemiara, zdając sobie sprawę, że trzymam w dłoni jednego z moich botków na mega - szpilce, botków, dzięki którym byłam w tym miejscu o tej właśnie porze.

Czy mówiłam już, że nie umiem chodzić na szpilkach? A chciałam! I to okrutnie, bo jest to poniekąd przymiot kobiecości. Dlatego właśnie jednej wyjątkowo paskudnej zimy postanowiłam się nauczyć. Na dodatek zbliżała się podwójna walentynkowa randka (przyjaciółka mnie z kimś umówiła) i trzeba było się zaprezentować. W tym celu poczłapałam w moich traperach do pierwszego lepszego sklepu z zamiarem wyjścia z niego w najwyższych szpilach jakie znajdę i które oczywiście zaspokoją mój gust. A wybierać było w czym. Po 10 minutach spacerów wzdłuż półek uginających się pod ciężarem butów wszelakich, podszedł do mnie sprzedawca. Zwykle to się nie zdarza w sieciówkach, ale gość znał się na rzeczy i w dodatku był przesympatyczny. Cierpliwie pokazywał mi różne modele, przynosił z półek rozmiary. Ot, materiał na męża. Miło nam się przy tym wszystkim gawędziło. Po półgodziny przymierzania i wybrzydzania wybrałam konkretne botki i pomaszerowałam dumie do kasy. Zapłaciłam grzecznie, ale nie byłabym sobą gdybym od razu nie założyła swojego nabytku. Schowałam więc trapery do pudełka i dzielnie się trzymając udałam się do wyjścia. Chyba nie wyglądałam zbyt pewnie, bo w pewnym momencie usłyszałam za sobą: może dałaby się pani odprowadzić? Odwróciłam się i zobaczyłam pana – jak mi się zdawało – sprzedawcę. Po szybkiej wymianie zdań okazało się, że rzeczony pan sprzedawca był w rzeczywistości klientem, którego bardzo zafrapował fakt, że kobieta w wiatrówce, wytartych jeansach i traperach tak namiętnie wybiera buty na mega wysokim obcasie. Tak mnie rozczuliła prostolinijność tego pana, że nie tylko dałam się zaprowadzić na parking, ale też zaprosić (powiedzmy, że po drodze) na kawę. Niestety były Walentynki i absolutnie nigdzie nie było miejsca by spokojnie wypić espresso.

Ale był luty – idealny czas na klementynki, które w tym okresie były wyjątkowo słodkie, soczyste i winne. Kupiliśmy więc po drodze siatkę, zajęliśmy pierwszą wolną ławkę i skubiąc owoce snuliśmy rozmowę. Czułam się nieswojo obserwując przytulone pary, sama będąc na randce z nieznajomym, ale nie umknął mi sympatyczny fakt, że rozmowa kleiła nam się jak palce umazane super-glue. Po paru godzinach praktycznie wiedzieliśmy o sobie wszystko, ale czas mijał nieubłaganie i trzeba było zwijać żagle do domu. Mieszko, bo tak miał na imię odprowadził mnie do samochodu. Podeszłam do bagażnika, żeby wrzucił moje trapery i resztę klementynek i nie wiedzieć jakim sposobem, zaprzeczając wszelkim prawom fizyki i astrofizyki poślizgnęłam się na prostej drodze. Mieszko jako dżentelmen postanowił ratować niezdarę. Wpadłam mu w ramiona jak w głupiej romantycznej komedii, tyle, że to nie był film, tylko wszystko działo się naprawdę i to naprawdę szybko. Nie warto się rozpisywać jak nasze spojrzenia się spotkały i że usta po chwili uczyniły to samo. Pamiętam, że zapach klementynek unosił się beztrosko. Tego samego dnia, wieczorem zadzwonił Mieszko ze stwierdzeniem, żebym lepiej już nie chodziła w szpilkach, tylko w traperach bo jeszcze innemu wpadnę w ramiona.

Oczywiście na rzeczoną randkę w ciemno nie poszłam. A co się potem działo było jednym wielkim bajkowym snem, który skończył się (a właściwie zaczął) na ślubnym kobiercu. Ależ mieliśmy ślub – w starej remizie strażackiej, z fałszującą orkiestrą, bigosem i schabowym, za to w gronie serdecznych przyjaciół! Ale zamiast płatków kwiatów ku zdziwieniu gości chrześnica sypała przed nami... skórki od klementynek.

W tym momencie przekręcił się klucz w zamku i wszedł mój mąż. Jeśli oczy jak pięć złotych są wyrazem zdziwienia, to mój ślubny miał oczy jak talerze od anteny satelitarnej, gdy zobaczył moją osobę leżącą na podłodze na wznak z butem w dłoni. Przyglądał się tej scenie z niekłamaną ciekawością, po czym jak gdyby nigdy nic spytał:

- A pamiętasz jak je kupiłaś? No ba – pomyślałam, chichocząc w duchu. - Bo ja pamiętam aż za dobrze, ty moja iskierko – uśmiechnął się szelmowsko i wręczył mi siatkę mandarynek

Pomógł mi pozbierać się z podłogi i razem udaliśmy się do kuchni, gdzie Mieszko zaparzył pyszną kojącą kawę (czajnik zmartwychwstał). Resztę wieczoru spędziliśmy siedząc na schodach skubiąc owoce i rozpamiętując te pamiętne zakupy mega szpilek.



Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
sunstarr
Czas publikacji:
poniedziałek, 08 sierpnia 2011 17:39

Polecane wpisy